Godz.: 18:10, czwartek.
O tej porze mój pociąg dojeżdża do stacji w Katowicach.
Dziś o tej porze odbieram telefon:
t: No halo! Gdzie jesteś?
j: ... we Wrocławiu.
t: A dlaczego?
j: No, bo ja nie przyjeżdżam na ten weekend. Dopiero na następny.
t: Nie przyjeżdżasz? A ja czekam na telefon, kiedy odebrać Cię z dworca.
(w tym momencie dialogu zaczynam pociągać nosem i ocierać łzy)
t: Masz katar?
j: Tak, trochę mam.
I mam wyrzuty sumienia. Przez chwilę rozważam, żeby wsiąść do pociągu jutro rano i pojechać do domu, bo w głębi serca jestem nadal małą dziewczynką, a oni przecież mnie kochają.
Ja również tak się czuję... i zawsze bardzo chętnie wracam do domu. Chętnie wracałabym częściej, ale niestety nie jest to możliwe :(
OdpowiedzUsuńMoże jednak zostań we Wrocławiu i pojedź za tydzień? Zapewne radość ze spotkania będzie jeszcze większa ;)
A ja się wzruszyłam, że Ty się wzruszyłaś :-)
OdpowiedzUsuńMaciejka
Mialem podobne wrazenia mieszkajac w stolecznej, chociaz do kazdego miejsca mozna sie przyzwyczaic to jednak jest w tym cos magicznego co nie pozwala tak do konca zapomniec czasem bywa zwykle przyzwyczajenie, jeszcze z okresu pobytu w stolecznej czesto przyjezdzalem do Katowic konczac we tym czasie podyplomowke Politechniki Slaskiej
OdpowiedzUsuń