Kiedy zaczyna się grudzień, zawsze mam wspaniałe plany. Chcę upiec dziesięć rodzajów ciasteczek na święta, pomysłowo udekorować dom i czerpać z nadchodzących świąt tyle radości, ile to możliwe.
Właśnie na początku grudnia, któregoś pogodnego poranka, gdy wyjęłam z lodówki masło na ciasteczka i zarobiłam drożdże, zadzwonił telefon. Dzwoniła moja owdowiała niedawno przyjaciółka. Minęła godzina. Masło się stopiło, zaczyn uciekł z miski, a minuty wciąż płynęły... Rozmawiałyśmy dość długo i kiedy obiecałam, że się spotkamy, wyczułam, że jej nastrój się poprawił.
Jakiś głos, gdzieś w środku, przypomniał mi: "Święta Bożego Narodzenia to przede wszystkim czas dawania".
Następnego dnia wracałam samochodem z pracy do domu. Na drodze były korki i wiedziałam, że się spóźnię. Nagle jakiś kierowca zajechał mi drogę. Byłam tak wściekła, że dopiero w ostatniej chwili zauważyłam starszego mężczyznę, który stał niepewnie na skraju chodnika. Zahamowałam i gestem dłoni zachęciłam go, by przeszedł bezpiecznie na drugą stronę ulicy.
"Nie trzeba się spieszyć" - szeptał ten sam wewnętrzny głos. - "Znajdź czas na dobry uczynek".
Gdy zabierałam się z pośpiechem do mycia frontowych okien, w których chciałam umieścić świąteczne dekoracje, pojawiła się moja sąsiadka, starsza kobieta. Miała sweter zarzucony na ramiona i widać było, że nie wie, co z sobą zrobić.
- Kiedy syn i synowa są cały dzień w pracy - zaczęła - nawet nie mam do kogo otworzyć ust,
Z pewnym ociąganiem odłożyłam płyn do mycia szyb i szmatę.
- A może by pani wpadła na filiżankę herbaty? - usłyszałam swój głos.
- Zaprasza mnie pani? Och, bardzo się cieszę!
Uzbrojona w długą listę zakupów, wybrałam się na przedświąteczne sprawunki. Zlana potem z powodu duchoty panującej w sklepach, przepychając się przez kłębiące się w środku tłumy, wydostałam się wreszcie na zewnątrz, zwycięska i dumna z siebie. Przed sklepem stali ochotnicy z Armii Zbawienia i schowawszy głowy w ramionach przed dokuczliwym śniegiem, dzwoniąc dzwoneczkami, prosili o datki. Czułam, że i ja powinnam wrzucić do ich kociołka ostatni banknot, jaki mi został.
- Dziękujemy pani! Wesołych Świąt!
"Oho, widzę, że uczysz się także poświęcenia dla innych" - odezwał się ten sam głos.
Pod koniec tygodnia zadzwoniła z drugiego końca Stanów moja córka, pragnąc bardzo ze mną porozmawiać. Spojrzałam na wciąż nie zapakowane prezenty leżące bezładnie na podłodze. Rzuciłam okiem na zegarek. Potem jeszcze raz na prezenty. A potem przypomniałam sobie, jak to jest być młodą, sfrustrowaną mamą, która nie ma przy sobie nikogo bliskiego, i usiałam w fotelu, żeby z nią porozmawiać tak długo, jak zechce, bez pośpiechu.
- Zadzwoń do mnie jeszcze dzisiaj pod wieczór - powiedziałam - żebym wiedziała, jak sobie radzisz. - Potem spojrzałam jeszcze raz na prezenty i pokiwałam z rezygnacją głową.
"Dar z własnego czasu to najwspanialszy dar" - odezwał się głos.
W niedzielę przed świętami nasza choinka leżała w kącie salonu, wciąż nie ubrana.
- No nie, powinniśmy byli kupić nowy stojak! - jęknął mój mąż. - Choinka jest w tym roku większa i stary stojak może jej nie utrzymać.
W przedświątecznym pośpiechu niemal zapomniałam o mężu. Stał przede mną w wytartych dżinsach, z których wychodziła koszula. Przyjrzałam się jego zmęczonym oczom i zmierzwionym, siwym włosom. Ten mężczyzna był częścią mojego życia i mnie samej. Wyciągnęłam ku niemu dłoń i pogładziłam go po nie ogolonym policzku.
- Pomogę ci przy choince.
"Dobrze" - powiedział wewnętrzny głos. - "Widzę, że nie zapomniałaś o miłości".
Przez całe popołudnie przycinaliśmy drzewko, pozbywając się niektórych gałązek. Przynieśliśmy ozdoby nagromadzone i przechowywane pieczołowicie rok po roku przez wszystkie lata naszego małżeństwa. Kiedy drzewko było już przycięte, zrobiłam nam gorącą czekoladę i podałam ją w tym samym małym dzbanuszku, w jakim podałam ją po raz pierwszy wiele, wiele lat temu.
W pierwszy dzień świąt zjawiły się nasze dzieci i dom wypełniły śmiechy, gwar rozmów, muzyka i płacz najmłodszych wnuków w wózku.
Nikt nie zauważył smug na szybach ani krzywo wiszących w oknach dekoracji. Nikt nie zwrócił uwagi na to, że z jednej strony drzewka brakuje gałęzi. Nikt nie przejmował się tym, że obiad był przyrządzony na chybcika, ani tym, że jeżeli chodzi o pierniczki, to nie było w czym wybierać.
Ale kiedy wniosłam na stół najzwyklejszy tort z jedną zapaloną świeczką, przez pokój przebiegł szmer podniecenia. Dorośli spoglądali z poważną miną, dzieci szeroko rozdziawiły buzie. Wszyscy wstali, wzięli się za ręce i zaśpiewali Happy Birthday Jezusowi.
A wtedy moje serce wypełniło poczucie zadowolenia i wewnętrznej satysfakcji i nie miało to nic wspólnego z ciasteczkami, wypucowanymi oknami czy fantazyjnie zapakowanymi prezentami.
A cichy wewnętrzny głos powiedział: "Brawo!"
Ann K. Brandt
(fragment książki: "Balsam dla Duszy na Boże Narodzenie")
Super :) Choć u mnie z racji, że nie ma w domu Wigilii wszystko wygląda inaczej. Nie czuję takiego parcia na święta. A aktualnie prawie nie wychodzę z mieszkania, bo nauki za dużo.
OdpowiedzUsuńU mnie nie mają kiedy zrobić zaliczeń, bo ktoś mądry wymyślił sobie, że 5 stycznia są zajęcia z poniedziałku(a ja mam właściwie wszystkie przedmioty na zaliczenie w czwartki). A 13 stycznia kończy się już u mnie semestr. Więc w sumie wykładowcy nie są niczemu winni. Pewnie nawet jeśli będą godziny rektorskie to zaliczenia musimy napisać, bo potem nie ma kiedy ;)
Jeden wykładowca też powiedział nam, że go nie będzie w czwartek, bo na pewno nikt nie przyjdzie, ale co mi po tym jak po jego zajęciach mam kolokwium ;)
Ola
piekne to opowiadanie i pokazuje co jest tak naprawde wazne w tych dniach
OdpowiedzUsuńZwłaszcza fragmenty o mężu, córce i zrobionym na chybcika obiedzie dały mi do myślenia :)
OdpowiedzUsuńczekam na jutro :)
Hihihi - u nas jest tak od kilku lat i nie żałuję ;-)
OdpowiedzUsuń