Pamiętacie moje pierwsze podejście do skończenia magisterki? Dla przypomnienia miało ono miejsce w lutym, a dokładnie 18 lutego. Udało mi się wtedy naprawdę sporo nadrobić. Tak wiele, że zaczęłam wkoło rozpowiadać, że właściwie to mam już ją skończoną, pracę znaczy się, co nie było do końca prawdą. Udało mi się wtedy wprawdzie zrobić tyle, że doszłam do momentu, w którym przyszedł czas na podsumowanie i wyciąganie wniosków z mojej analizy, ale stanęło w martwym punkcie. Bo czego ja właściwie się dowiedziałam z tej analizy? Czy aby na pewno to chciałam osiągnąć podejmując się zanalizowania nazewnictwa kolorów w języku polskim i niemieckim? Czy coś mnie zaskoczyło? Kiedy o tym wszystkim myślałam, miałam pustkę w głowie.
Do kolejnego podejścia zmusiła mnie wiadomość od mojej koleżanki, która napisała mi, że promotor chce nas widzieć na konsultacjach w środę przed świętami z wydrukowaną pracą. Najpierw byłam wściekła, bo chciałam we wtorek pojechać już do domu i uniknąć przedświątecznego studenckiego tłoku w pociągu i nie po drodze było mi na uczelnię w środę, ale kiedy to przeanalizowałam doszłam do wniosku, że jest to pewnego rodzaju motywacja. Początkowo chciałam sfinalizować sprawę wniosków w czasie świąt, ale dotarło do mnie, że zapewne nie będę miała na to czasu, a jeśli będę miała czas, to na pewno nie będę miała warunków na skupienie się, albo będzie zbyt ładna pogoda, by pożytkować ją na jakąś tam pracę.
Do kolejnego podejścia zmusiła mnie wiadomość od mojej koleżanki, która napisała mi, że promotor chce nas widzieć na konsultacjach w środę przed świętami z wydrukowaną pracą. Najpierw byłam wściekła, bo chciałam we wtorek pojechać już do domu i uniknąć przedświątecznego studenckiego tłoku w pociągu i nie po drodze było mi na uczelnię w środę, ale kiedy to przeanalizowałam doszłam do wniosku, że jest to pewnego rodzaju motywacja. Początkowo chciałam sfinalizować sprawę wniosków w czasie świąt, ale dotarło do mnie, że zapewne nie będę miała na to czasu, a jeśli będę miała czas, to na pewno nie będę miała warunków na skupienie się, albo będzie zbyt ładna pogoda, by pożytkować ją na jakąś tam pracę.
A skoro już jesteśmy przy pogodzie, to w sobotę rano obudził mnie deszcz z całą siłą walący w mój, pamiętający zapewne jeszcze czasy Gierka, parapet. Uznałam to za znak! Ruszyłam do kuchni, obrałam warzywa na rosół. W łazience wstawiłam pranie. Odpaliłam laptopa. Znalazłam najpilniej strzeżonego pen drive'a wszech czasów i zasiadłam do mojego opus magisterium.
Powoli, krok po kroku przeszłam jeszcze raz przez moją analizę materiału językowego i wszystko zaczęło układać się w całkiem zgrabną, ale dość rozbudowaną całość. Chciałam bowiem zamknąć wnioski na jednej stronie, a zrobiły mi się pełne dwie strony wniosków... i jeszcze połowa trzeciej. Ze smutkiem na końcu stwierdziłam, że właściwie cała moja praca mogłaby składać się z tych trzech stron, bo na nich zawarte jest to, co najważniejsze, a cała reszta to takie przysłowiowe lanie wody - jest, bo musi być.
W niedzielę natomiast pogoda wpędziła mnie od samego rana w melancholijno-depresyjny nastrój. Miałam zamiar słuchać smutnych piosenek, a nawet takich, które nie są smutne, ale i tak działają na mnie przygnębiająco. Opatulona w mój pluszowy koc miałam zamiar popijać earl grey'a i nie zamierzałam ruszyć się z łóżka. Te niecne plany pokomplikowało odcięcie od cywilizacji na pełne 24h. Nie miałyśmy w mieszkaniu internetu - właściwie mogę powiedzieć "na szczęście", bo to wyprowadziło mnie od razu z tego melancholijnego nastroju. Jednocząc siły próbowałyśmy wszystkiego, aby go odzyskać. Niestety bezskutecznie. Pan z infolinii tp powiedział, że składa zawiadomienie o awarii liveboxa i mamy poczekać na montera, który przybędzie w ciągu 48h. Musiałyśmy więc jakoś zapełnić ten czas i nieskromnie powiem, że dzień zakończył się dla nas około godziny 2:30 w nocy ;) A co robiłyśmy do tego czasu pozostanie naszą słodką tajemnicą, ale powiem Wam, że dawno takiej "głupawki" nie miałam ;) Tepsa wiedziała, kiedy robić konserwacje, bo tak dobrego primaaprilisowego żartu dawno nikt mi nie zrobił.
Powoli, krok po kroku przeszłam jeszcze raz przez moją analizę materiału językowego i wszystko zaczęło układać się w całkiem zgrabną, ale dość rozbudowaną całość. Chciałam bowiem zamknąć wnioski na jednej stronie, a zrobiły mi się pełne dwie strony wniosków... i jeszcze połowa trzeciej. Ze smutkiem na końcu stwierdziłam, że właściwie cała moja praca mogłaby składać się z tych trzech stron, bo na nich zawarte jest to, co najważniejsze, a cała reszta to takie przysłowiowe lanie wody - jest, bo musi być.
W niedzielę natomiast pogoda wpędziła mnie od samego rana w melancholijno-depresyjny nastrój. Miałam zamiar słuchać smutnych piosenek, a nawet takich, które nie są smutne, ale i tak działają na mnie przygnębiająco. Opatulona w mój pluszowy koc miałam zamiar popijać earl grey'a i nie zamierzałam ruszyć się z łóżka. Te niecne plany pokomplikowało odcięcie od cywilizacji na pełne 24h. Nie miałyśmy w mieszkaniu internetu - właściwie mogę powiedzieć "na szczęście", bo to wyprowadziło mnie od razu z tego melancholijnego nastroju. Jednocząc siły próbowałyśmy wszystkiego, aby go odzyskać. Niestety bezskutecznie. Pan z infolinii tp powiedział, że składa zawiadomienie o awarii liveboxa i mamy poczekać na montera, który przybędzie w ciągu 48h. Musiałyśmy więc jakoś zapełnić ten czas i nieskromnie powiem, że dzień zakończył się dla nas około godziny 2:30 w nocy ;) A co robiłyśmy do tego czasu pozostanie naszą słodką tajemnicą, ale powiem Wam, że dawno takiej "głupawki" nie miałam ;) Tepsa wiedziała, kiedy robić konserwacje, bo tak dobrego primaaprilisowego żartu dawno nikt mi nie zrobił.
A wiesz, że mój recenzent i promotor chyba też przeczytał jedynie wnioski z moje pracy ;-)
OdpowiedzUsuńDlatego dobrze, że Twoje są kwintesencją pracy i jesteś z nich zadowolona :-)
Maciejka
Wg mnie w ogóle bez sensu jest pisanie prac. Przynajmniej na poziomie licencjata. Zamiast po raz setny przepisywać kolejne książki, lepszy byłby egzamin i pewność, że coś się z tych studiów jednak wyniesie...
OdpowiedzUsuńNo ale.. Nie my ustalamy sposób zakończenia studiów ;))
W każdym razie, dobrze że jesteś zadowolona z tych dwóch, a właściwie ponad dwóch stron wniosków, bo rzeczywiście są najważniejsze ;)
Pozdrawiam ;)
Ech...jak sobie przypomne pisanie mojej pracy magisterskiej... hmm... wniosek z tego taki że to był taki okres w moim zyciu w którym widzialam najwięcej wschodów słońca :D
OdpowiedzUsuńpodsumowania i zakończenia wydają się byc najgorsze, ale jak widać nie taki diabeł straszny :)) Dobrze że masz to już za sobą.
OdpowiedzUsuńTeraz to główny temat wśród moich znajomych-magisterka ;)
OdpowiedzUsuńMi został jeszcze jeden najgorszy rozdział. W kwietniu muszę go napisać choć nie wiem kiedy się za to zabiorę biorąc pod uwagę, że go końca kwietnia muszę jeszcze napisać projekt na zaliczenie większy od mojej pracy magisterskiej ;)
Ola