Przyjechałam do domu już w środę wieczorem po drodze zahaczając o odbiór zakupu dokonanego za pośrednictwem sklepu Magiczne Wypieki, do którego link z kolei wypatrzyłam u Wiolki. Planowałam upiec na święta babkę czekoladową i muffiny jogurtowe z migdałami i powidłami śliwkowymi, więc zakup nowych foremek był celowy. Nie przewidziałam tylko tego, że mnie rozłoży choróbsko i wypieki będę musiała ograniczyć, z powodu tych goszczących na mojej twarzy. Problem z moim chorowaniem polega na tym, że jak jestem chora, to najchętniej bym non-stop jadła - zwłaszcza, kiedy boli mnie gardło, bo tylko w momencie przełykania nie czuję bólu, więc choroba w święta to skaranie boskie, bo nie dość, że jedzenia pod dostatkiem, a nawet ponad, to i chęć na jedzenie wzmożona. Podejrzewam, że nieźle przytyłam, ale nie mam zamiaru się żalić, bo sama sobie na to zasłużyłam.
Czwartek zaczął się dla mnie już o 5:30 i w ciągu niespełna czterech godzin zdążyłam przemieścić się pomiędzy pięcioma miastami, z czego dwa z nich zaliczyłam dwukrotnie, niestety w deszczu i to przyczyniło się znacznie do rozwoju mojego przeziębienia, które dawało mi się we znaki już trochę we Wrocławiu. Nie byłam jakoś obłożnie chora, ale na tyle osłabiona i zniechęcona, że właściwie nie włączałam komputera i w ogóle nie obchodził mnie telefon. Nie wysłałam nikomu życzeń i wyszłam na aspołeczną, no ale trudno, bo nie o życzenia w tych świętach przecież chodzi. Mam jednak nadzieję, że wszystkim tym, którym dobrze chciałam życzyć - w tym i Wam, Drodzy Czytelnicy - Święta minęły wesoło i radośnie, bo jest z czego się radować, a przede wszystkim zdrowiej niż mnie.
Kiedy jeszcze nie czułam się tak straszliwie chora upiekłam te muffiny według nieco zmodyfikowanego przepisu znalezionego tutaj. Zmniejszyłam trochę ilość cukru i zamieniłam go na zwykły trzcinowy, zamieniłam konfiturę pomarańczową na powidła śliwkowe i przede wszystkim zwiększyłam czas pieczenia o jakieś 10 minut, bo 20 to zdecydowanie za mało.
W Wielką Sobotę brałam udział w najpiękniejszym święceniu pokarmów, jakiego kiedykolwiek było dane mi doświadczyć. Zawsze święcenie strasznie samo w sobie mnie denerwowało z tego względu, że wtedy w kościele pojawiają się ludzie, którzy normalnie do kościoła nie zajrzą (nawet w tym roku usłyszałam za sobą wymianę zdań kilku nastolatek, że do kościoła jak nie trzeba, to się nie chodzi, bo po co?). I nie, że ja dyskryminuję. Nie, nie. Bardzo dobrze, że przyszli, ale mogliby też zachować trochę kultury! Ale niektórzy chyba po prostu nie mogą powstrzymać się od nieodpowiednich i "zabawnych" komentarzy. W tym roku nawet mi to nie przeszkadzało, bo święcenie prowadził mój dawny znajomy ze szkoły, który w tym roku otrzymał święcenia i został księdzem. Poprowadził nabożeństwo naprawdę bardzo profesjonalnie i przyjaźnie, wprowadzając wspaniałą refleksję na temat Wielkiego Postu i Wielkiejnocy. Całość trwała dobre pół godziny, ale to było naprawdę dobre pół godziny :)
Pogoda i moja choroba trzymały mnie całe Święta w domu, nie licząc wyjścia do kościoła, kiedy to opatuliłam się w narciarską kurtkę, bo przecież temperatura za oknem jak nieprzymierzając w styczniu. Chociaż wcale nie jeżdżę na nartach mam taką w domu, która przydaje się właśnie na takie kryzysowe okazje.
A dziś miałam jechać już do Wrocławia, ale okazało się, że nie muszę iść dziś do pracy, więc jadę dopiero jutro, a za godzinę wybieram się z E. do kina na Igrzyska Śmierci, bo pożyczyłam jej książkę i przeczytała ją szybciej niż ja, bo w ciągu jednego dnia (ja połknęłam ją w ciągu niedzieli i poniedziałkowej podróży pociągiem) i stwierdziła, że koniecznie musimy sprawdzić, czy film jest chociaż w połowie tak dobry jak książka. Jeśli chodzi o inne książki, które czytam, to aktualnie mam na rozkładzie Dziewczynę, która igrała z ogniem Stiega Larssona, W pierścieniu ognia Suzanne Collins i Dziecioodporną, a koleżanka ze studiów przyniesie mi jeszcze Siedem lat później Emilly Giffin, więc mam co czytać, ale mam też na to czas w sumie, bo dobrze typowaliście, że 18 maja mam obronę, więc praca już gotowa, jeszcze muszę ją tylko sczytać pod kątem literówek, ale to już pikuś. Obejrzałam już też Mężczyzn, którzy nienawidzą kobiet i może się zmobilizuję, żeby coś na ten temat napisać, ale najpierw muszę jeszcze Dziewczynę z tatuażem obejrzeć. Tymczasem lecę, bo nie zdążę na tramwaj ;)
Miłego krótkiego tygodnia po Świętach Wam życzę :)
Kiedy jeszcze nie czułam się tak straszliwie chora upiekłam te muffiny według nieco zmodyfikowanego przepisu znalezionego tutaj. Zmniejszyłam trochę ilość cukru i zamieniłam go na zwykły trzcinowy, zamieniłam konfiturę pomarańczową na powidła śliwkowe i przede wszystkim zwiększyłam czas pieczenia o jakieś 10 minut, bo 20 to zdecydowanie za mało.
W Wielką Sobotę brałam udział w najpiękniejszym święceniu pokarmów, jakiego kiedykolwiek było dane mi doświadczyć. Zawsze święcenie strasznie samo w sobie mnie denerwowało z tego względu, że wtedy w kościele pojawiają się ludzie, którzy normalnie do kościoła nie zajrzą (nawet w tym roku usłyszałam za sobą wymianę zdań kilku nastolatek, że do kościoła jak nie trzeba, to się nie chodzi, bo po co?). I nie, że ja dyskryminuję. Nie, nie. Bardzo dobrze, że przyszli, ale mogliby też zachować trochę kultury! Ale niektórzy chyba po prostu nie mogą powstrzymać się od nieodpowiednich i "zabawnych" komentarzy. W tym roku nawet mi to nie przeszkadzało, bo święcenie prowadził mój dawny znajomy ze szkoły, który w tym roku otrzymał święcenia i został księdzem. Poprowadził nabożeństwo naprawdę bardzo profesjonalnie i przyjaźnie, wprowadzając wspaniałą refleksję na temat Wielkiego Postu i Wielkiejnocy. Całość trwała dobre pół godziny, ale to było naprawdę dobre pół godziny :)
Pogoda i moja choroba trzymały mnie całe Święta w domu, nie licząc wyjścia do kościoła, kiedy to opatuliłam się w narciarską kurtkę, bo przecież temperatura za oknem jak nieprzymierzając w styczniu. Chociaż wcale nie jeżdżę na nartach mam taką w domu, która przydaje się właśnie na takie kryzysowe okazje.
A dziś miałam jechać już do Wrocławia, ale okazało się, że nie muszę iść dziś do pracy, więc jadę dopiero jutro, a za godzinę wybieram się z E. do kina na Igrzyska Śmierci, bo pożyczyłam jej książkę i przeczytała ją szybciej niż ja, bo w ciągu jednego dnia (ja połknęłam ją w ciągu niedzieli i poniedziałkowej podróży pociągiem) i stwierdziła, że koniecznie musimy sprawdzić, czy film jest chociaż w połowie tak dobry jak książka. Jeśli chodzi o inne książki, które czytam, to aktualnie mam na rozkładzie Dziewczynę, która igrała z ogniem Stiega Larssona, W pierścieniu ognia Suzanne Collins i Dziecioodporną, a koleżanka ze studiów przyniesie mi jeszcze Siedem lat później Emilly Giffin, więc mam co czytać, ale mam też na to czas w sumie, bo dobrze typowaliście, że 18 maja mam obronę, więc praca już gotowa, jeszcze muszę ją tylko sczytać pod kątem literówek, ale to już pikuś. Obejrzałam już też Mężczyzn, którzy nienawidzą kobiet i może się zmobilizuję, żeby coś na ten temat napisać, ale najpierw muszę jeszcze Dziewczynę z tatuażem obejrzeć. Tymczasem lecę, bo nie zdążę na tramwaj ;)
Miłego krótkiego tygodnia po Świętach Wam życzę :)
To ja mam odwrotnie. Czas chorowania to czas niejedzenia ;) Gdy boli mnie gardło to właśnie wtedy kiedy przełykam. Dodatkowo nie czuję smaku więc chęć na jedzenie całkowicie ucieka. Piję wtedy tylko dużo wody, bo ona trochę łagodzi ból. Aktualnie kaszlę od 1,5 miesiąca i chyba niestety to astma, bo wszędzie czyta, już nawet antybiotyki brałam, a nic nie przechodzi :(
OdpowiedzUsuńCo do święcenia pokarmów-u nas nie ma żadnego nabożeństwa ;) stawia się koszyczki na stole, święci to i tamto, ksiądz składa życzenia, zabiera się koszyczki, kładą następni i tak cały dzień:D Chyba nie odnalazłabym się w innym obrzędzie tego dnia ;)
Ja nosiłam w święta kurtkę snowboardową, też na snowboard nie jeżdżę, ale cieplejszej, a jednocześnie pozornie cienkiej kurtki w życiu nie miałam:D
Daj znać jak Igrzyska Śmierci. Ja widziałam tylko film, ale bardzo mi się podobał. Karinie na tyle...że poszła do kina drugi raz ;-)
Ola
Jeśli chodzi o Igrzyska to książka lepsza, ale ekranizacja naprawdę mi się podobała :) bardzo dobrze zrobiona, właściwie wszystko to, co miało być, było, a rzeczy które pominięto i zmodyfikowano, nie wpłynęły na gorszy odbiór fabuły :) ale cieszę się, że najpierw przeczytałam książkę, którą z resztą każdemu polecam :)
OdpowiedzUsuńU nas święcenie jest co godzinę, cztery razy bodajże i trwa mniej-więcej zazwyczaj około 15-20 minut, ale w tym roku trwało dłużej.
hehe... no tak :) Ta strona z foremkami jest boska :) No to się chorowitku załatwiłaś na święta :) Ale skoro w kinie bylaś to chyb ajuz jest dużo lepiej? :)) Też się wybieram na igrzyska śmierci ale nie wiem kiedy na nie dotrę... :(
OdpowiedzUsuńA ja tam nie wiem, co to kino, taki lajf (nie najgorszy przecież), co zrobić. ;)
OdpowiedzUsuńI przepraszam Cię Klaudia, ale się roześmiałam w miejscu o przełykaniu :D, jeszcze nigdy nie słyszałam takiej interpretacji :DDD.
Zdróweczka życzę i wszystkiego dobrego!
Jeśli chodzi o Igrzyska Śmierci - film rewelacyjny.
OdpowiedzUsuńDziecioodporna i Siedem lat później, jak inne książki Emilly Giffin - naprawdę baaardzo dobre ;))