Zabierając się do pierwszego tomu książki Suzanne Collins obawiałam się jednego. A mianowicie tego, że może już wyrosłam z książek, których bohaterowie są nastoletni. Przypomniałam sobie bowiem, jak dawno już nie zaglądałam do mojej ukochanej Ani Shirley, po którą sięgałam właściwie w każde wakacje mniej więcej od momentu, kiedy ukończyłam 10 lat. Przypomniałam sobie też, że już od kilku lat nie zajrzałam ani do Letniej akademii uczuć Hanny Kowalewskiej, ani do serii Laury Peyton Roberts o grupie przyjaciół z liceum Clearwater Crossing, a o całym zestawie Harry'ego Pottera na mojej półce już dawno zapomniałam. W okresie studiów odświeżałam tylko moją znajomość z bohaterami pani Musierowicz, ale to też już co najmniej trzy lata temu. W ostatnim czasie sięgałam głównie po Dana Browna, Ildefonso Falconesa, Emily Giffin oraz oczywiście po Stiega Larssona. Kilka razy też przymierzałam się do Mankella, Folletta i Rankina. Obawiałam się po prostu, że historia szesnastolatki nie bardzo mnie zainteresuje i będę musiała się męczyć nad tą książką.
Moje obawy się nie potwierdziły. O tym, że gdybym mogła, przeczytałabym tą książkę jednym tchem, wiecie już doskonale, bo wspominałam już ze dwa razy, jak nie więcej. Książka nie rozczarowała mnie w ani jednym wersie i w ani jednym zdaniu. Była może jedna, jedyna rzecz, która mnie zirytowała, ale okazała się ona dość istotna dla przebiegu fabuły, a poza tym jej rozwiązanie nie okazało się tak idealistyczne, jak się tego obawiałam. Myślę, że gdyby stało się to, czego się obawiałam (a nie powiem, o co mi chodzi, gdyby ktoś z Was chciał ją przeczytać), mój zachwyt nad tą powieścią byłby z pewnością o wiele mniejszy.
Wybierając się na film z kolei miałam nadzieję, że nie okaże się on kompletną klapą w porównaniu do książki. Brat E., z którą szłam do kina, widział już wcześniej ten film i mu się nie podobał, więc trochę się obawiałam, bo ja i E. z reguły mamy ten sam gust, jeśli chodzi o filmy, a istniało ryzyko, że E. jako siostra swojego brata ma taki samy gust, jak on. Na szczęście tym razem się nie sprawdziło. Film okazał się naprawdę dobry i był chyba najlepszą ekranizacją książki, jaką miałam okazję kiedykolwiek oglądać.
Ja w każdym razie polecam, bo film zrobiony naprawdę genialnie. Znając główne założenie fabuły, można by się obawiać brutalnego filmu, krwistych scen i przerażających okrzyków śmierci. Pod tym względem film został zrobiony bardzo estetycznie. A oto, na dowód, jedna z melodii ścieżki dźwiękowej do filmu:
Podpisuję się rękami i nogami pod tym, co napisałaś ;))
OdpowiedzUsuńCieszy mnie to, że nie jestem osamotniona w moim myśleniu :)
UsuńMuszę przyznać, że ja nie przepadam za historiami tego typu i co do Igrzysk byłam uprzedzona. Ale za sprawą Twojej relacji spojrzę na książkę i film łagodniejszym okiem:)
OdpowiedzUsuńU mnie z braku czasu Larsson został osamotniony na szafce nocnej. Ale mam nadzieję, że już niedługo będę mogła do niego wrócić, bo już się mocno stęskniłam:)
U mnie Larsson też chwilowo leży i czeka na lepsze czasy.
UsuńJa sie tak wybieram i wybieram no i wybrać się nie moge...
OdpowiedzUsuńFilm kojarzył mi się z czymś tandentnym (właściwie nie wiem dlaczego, może tytuł?). Wczoraj przekonal mnie opis, dzisiaj Twój post... Może tam go obejrzę. :)
OdpowiedzUsuń