Obowiązki domowe nigdy nie były moją mocną stroną. Teraz już nie mam z tym problemów (chociaż patrząc na "piętrzący" się kurz na moim stoliku musiałabym zweryfikować własną prawdę o sobie), potrzebowałam po prostu czasu, żeby się przekonać.
Najtrudniej było mi przekonać się do podlewania kwiatków. Dlatego mój parapet zawsze świecił pustkami, bo jak już ktoś tam coś postawił, to ja po prostu nie pamiętałam o tym, żeby to podlewać. (Pewnie dlatego któregoś roku sąsiadka na urodziny podarowała mi drewnianego tulipana do postawienia na okno - zdobił je dobre 10 lat). W ogóle nie rozumiałam też tej całej afery w podstawówce z podlewaniem kwiatków przez dyżurnych. Funkcja wychowawcza? Mnie to niczego nie nauczyło. Sama musiałam się tego nauczyć.
Po kolei.
Wyjeżdżając na studia do Wrocławia dostałam od mojej przyjaciółki kaktusa - nietypowego kaktusa: wysoki, chudy, niewiele igieł. Nie łudziłam się, że przeżyje. Ale przetrwał pierwszy rok magisterki, wrócił ze mną na wakacje do domu, pojechał na drugi rok, też go przetrwał i wrócił. Uznałam to za znak. Wiem, co powiecie - kaktus nie wymaga tyle opieki, ale naprawdę się nim przejęłam, czasami wydawało mi się, że za często go podlewam. Nie, nie wybuchnęłam miłością do kwiatów i nie stałam się maniaczką podlewania. Żyliśmy sobie spokojnie dalej - ja i mój kaktus.
Nadeszły święta Bożego Narodzenia. I, jak to moja mama ma w zwyczaju kupiła sobie do pokoju gwiazdę betlejemską (zwaną również poinsencją nadobną). Kwiatek był standardowych rozmiarów gwiazdą. Podczas kolejnych, już naprawdę ostatnich, przedświątecznych zakupów w markecie, dostrzegłyśmy miniaturki gwiazd. Jak tylko je zobaczyłam, wiedziałam, co zaraz usłyszę. "Może chcesz taką do siebie?" Za 6zł, stwierdziłam, że właściwie czemu nie, jak się nie przyjmie, nie będzie mi żal. Gwiazda mojej mamy padła jeszcze przed Nowym Rokiem. Moja przetrwała Sylwestra, Trzech Króli, Walentynki, Środę Popielcową, dotrwała do Wielkanocy, w maju (kiedy postanowiłam ją przesadzić) miała chwile słabości, ale do dziś stoi na parapecie. Nie ma już czerwonych liści, ale wciąż pojawiają się nowe zielone. Powiedziałabym, że to niesamowite!
Przez długi czas mój parapet wyglądał komicznie - kaktus i miniaturka gwiazdy betlejemskiej - ogród botaniczny jak się patrzy! ;)
Ostatnio dojrzałam do dokupienia sobie jeszcze jednego kwiatka. Tym razem to coś, co skutecznie wypełnia dziurę między moimi dotychczasowymi okazami. To szeflera. Teraz nie ma z nią problemu, bo jest ciepło, ale zastanawiam się co będzie zimą, kiedy kaloryfery wysuszą powietrze wewnątrz mieszkania. Ale... będę się tym martwić dopiero zimą...
... bo nie mam nawet gwarancji, czy dotrwa do tego czasu ;)
Mam bardzo podobnie z tymi kwiatami.
OdpowiedzUsuńNa imieniny, jeszcze w Poznaniu, dostałam kwiatka w doniczce od koleżanek i żył póki mieszkał w Poznaniu. Jak przyjechał do Konina to od razu padł i w zasadzie nie wiem co mu zaszkodziło.
Mój "ogród botaniczny" zazwyczaj kończy się na wsadzeniu cebulek narcyzów czy krokusów na wiosnę, które rosną, przekwitają i do zimy ich nie ma ;)
W tym roku nastąpił przełom, bo dostałam w maju różę w doniczce i stoi na parapecie i...kwitnie już 3 raz! :)
Ola