Przechodzę w moim życiu etap wielkiego zastanawiania się nad samą sobą. Zadaję sobie podstawowe pytania:
kim tak naprawdę jestem?
co chcę w życiu osiągnąć?
czy mam szansę zrealizować to, czego chcę?
czy powinnam coś w sobie zmienić?
To ostatnia prosta przed wielką premierą dorosłości. Póki jeszcze grzeję bezpieczne miejsce studenta, mogę spokojnie się nad tym zastanowić. Ale nie o tym chciałam pisać. W każdym razie nie do końca.
(ostrzegam - będzie długo i sentymentalnie)
W chwilach mojego zastanawiania się, jaka chciałabym być, przed moimi oczyma pojawia się smutny obrazek, który dziś dodaje mi otuchy (choć mam z tego powodu wyrzuty sumienia). Pogrzeb mojej babci i tłum ludzi, który przyszedł ją pożegnać. Rzadko na której zwykłej niedzielnej mszy można spotkać tylu ludzi, ilu było na mszy pogrzebowej. Nie wiem, czy u każdego z Was jest podczas mszy pogrzebowej zwyczaj obchodzenia prezbiterium w trakcie składania ofiary. U nas w każdym razie jest. Łatwo sobie wyobrazić, co się działo, gdy wszyscy ludzie podnieśli się z miejsc, aby obejść prezbiterium. Ludzie szli i szli. Podczas przemienienia ludzie klękali wokół ołtarza, bo do tej pory nie zdążyli dojść do ławek. Niektórzy ledwo zdążyli dojść do ławki, a już musieli się podnosić do Komunii.
Sześć lat temu nie zastanawiałam się nad tym, skąd tak naprawdę wzięło się tylu ludzi. Z czasem zaczęłam analizować sytuację. Moja babcia była jedynaczką, miała jedną córkę (moja rodzina w ogóle nie jest zbyt liczna), pracowała w biurze holdingu węglowego, gdzie obok niej za biurkami siedziało może pięć innych kobiet, skąd więc wzięły się te tłumy?
Wspomnienia chwil spędzonych z moją babcią oraz opowieści o niej, które tak szybko się rozmazują w pamięci, upewniły mnie w jednym. Moja babcia była dobrym człowiekiem, dla którego dobro i szczęście drugiego człowieka było najważniejsze. O sobie myślała zawsze na końcu.
Moja babcia zmarła w szpitalu wieczorem pierwszego czerwca, w Dzień Dziecka. W ostatnim dniu swojego życia, kiedy moja mama z dziadkiem poszli ją odwiedzić, powiedziała do mojej mamy: "Słyszałam od pielęgniarek, że przed szpitalem można kupić truskawki. Proszę Cię, idź kup sobie ode mnie, bo co roku dostajesz na Dzień dziecka od nas truskawki. W tym roku nie dam rady Ci ich kupić, ale tradycyjny prezent musisz dostać". W tym samym dniu powiedziała też mojemu dziadkowi: "Pamiętaj, że dziś jest pierwszy czerwca, nowy miesiąc, więc Klaudii należy się kieszonkowe". Dwa tygodnie przed śmiercią w rozmowie telefonicznej z siostrą mojego dziadka poprosiła ją, żeby zaopiekowała się moim dziadkiem, kiedy jej zabraknie (dodam, że dwa tygodnie wcześniej moja babcia była jedynie lekko przeziębiona i nic nie wskazywało na to, by mogło to się tak skończyć, ale ona chyba już po prostu wiedziała).
Pamiętam, że kiedyś wspomniałam jej, że mojej koleżance z klasy podoba się wełniana torebka, którą mi babcia zrobiła na drutach. Tydzień później zaniosłam E. piękną wełnianą torebkę, za którą moja babcia nie wzięła ani grosza, chociaż E. i ja upierałyśmy się, że powinna wziąć. W końcu zgodziła się wziąć dychę, którą później znalazłam w kieszeni mojej kurtki.
Zawsze miała w szafce coś, co mogła dać osobom żebrzącym po mieszkaniach o jedzenie, a gdyby akurat nie miała takiej rzeczy, oddawała ze swoich zapasów. Każdy człowiek, który potrzebował pomocy, a w pobliżu była moja babcia, otrzymywał ją.
Któregoś dnia pojechałam z babcią i z dziadkiem do rodziny na wieś. Tego samego dnia moi rodzice przyjmowali w gości ciocię i wujka, za którym jako dziecko nie przepadałam, ponieważ wujek ten mówił wyłącznie po niemiecku, a wszyscy wokoło uważali, że ja świetnie mówię po niemiecku, że jestem najlepsza w klasie, a nawet w szkole i wszyscy wymagali ode mnie, żebym z nim koniecznie rozmawiała. Bardzo chciałam uniknąć spotkania z nim i przeciągałam jak mogłam wizytę na wsi (ja to byłam kombinatorskim dzieckiem strasznie i wiele z tej cechy mi do dziś zostało). W drodze powrotnej nadal nie miałam pewności, czy na niego nie trafię i chociaż droga powrotna nie zajmuje więcej niż 1,5 godziny, przeforsowałam postój na jakimś parkingu. Babcia zauważyła, że coś jest nie tak. Powiedziałam jej o co chodzi, a ona ze zrozumieniem pokiwała głową i zakomunikowała dziadkowi, że na parkingu spędzimy więcej czasu, bo jest ładna pogoda i nie ma się co śpieszyć do domu.
Jeśli moja babcia była chociaż w 1/100 tak dobra dla każdego napotkanego człowieka, jak dla mnie, to nie dziwię się, że wiele osób było jej przychylnych. I wiele z tych osób wyraziło jej wdzięczność swoją obecnością na pogrzebie.
Kiedy tak sobie myślę, że moja babcia była tak dobrym człowiekiem, a ja nie jestem taka nawet w połowie, ba! co ja mówię, nawet w jednej czwartej (!), to wstyd mi za samą siebie. I nie chodzi mi tutaj o jakąś apoteozę i przesadne uwydatnienie jej dobroci (bo ktoś mógł sobie tak pomyśleć w trakcie lektury, o ile w ogóle dotarł do tego punktu w notce), chodzi mi o zwykłe wspomnienie dobrego człowieka, którego dziś coraz rzadziej można spotkać. Mam nadzieję kiedyś chociaż w jakiejś części przypominać moją babcię, bo póki co mi do niej daleko.
Twoja Babcia rzeczywiscie byla dobrym czlowiekiem i Ty na pewno tez jestes, tylko ciezko Ci to dostrzec u siebie samej.
OdpowiedzUsuńKaludio, wzruszyłam się. Tak bardzo brakuje tak dobrych ludzi. Cieszę się, że Jej dobroć zostawiła taki ślad w Twoim sercu i że to doceniasz na progu dorosłości. Podążaj tym śladem :-)
OdpowiedzUsuńMaciejka
Popłakałam się :(
OdpowiedzUsuńPowiało pesymizmem, dopiero wchodzisz w dorosłe życie i prawie wszystko przed tobą, nie ma powodu na takie dołowanie, porównywać zawsze można to pomaga a z czasem nabieramy dystansu do otaczającego nas świata i ludzi, myślę też ze osoba o której piszesz miała ludzkiej podejście do rzeczywistości, większość z nas o tym zapomina, jak widać nie wszyscy i dzięki temu mamy jeszcze radosne słońce na niebie i sporo planów na to życie!
OdpowiedzUsuń