poniedziałek, 27 lutego 2012

Skandynawski sen.

Skandynawia zawsze mnie interesowała i pociągała. O tyle to dziwne, o ile nie znoszę zimy, mrozów i śniegu. No, ale... Zawsze wydawało mi się, że Norwegia i Szwecja to fajne kraje, zwłaszcza Norwegia. Moja pierwsza nauka o Norwegii wynikła z prozaicznej, kiczowatej rozrywki, gdy w konkursie Eurowizji*, bodajże w roku 2003, wystąpił Jostein Hasselgård, mężczyzna pracujący w przedszkolu (od tego czasu co roku trzymam kciuki za Norwegię, jakiejkolwiek beznadziei by nie wystawili). Wydawało mi się to wówczas dziwne i zarazem szalenie interesujące. Jakież ciekawe muszą być kraje, w których mężczyźni podejmują się kobiecych zawodów!

Teraz jestem o dziewięć lat mądrzejsza i nawet według mojego CV znam szwedzki w stopniu średnio-zaawansowanym, a jakby kto się dokładniej wczytał w mój suplement do dyplomu, dowiedziałby się też, że mam uprawnienia do nauczania tego języka, a nawet gdyby kto dopytał, odkryłby, że odbyłam praktykę w gimnazjum i liceum ucząc szwedzkiego.

Moich kompetencji zdobytych na studiach wolałabym nie weryfikować w bliższej konfrontacji z rodowitymi Szwedami. A raczej, po raz kolejny weryfikować, bo raz już miałam eee... yyy... tą no... przyjemność! Właśnie, podobno tak to zwą - przyjemnością! Chociaż odbywało się to raczej na zasadzie:

K: wydukanie pytania po szwedzku, z pełną poprawnością gramatyczną, trzeba dodać, natomiast z akcentem, który na kilometr można było ocenić jako zdecydowanie nieszwedzki;
Sz: sformułowanie odpowiedzi na wydukane pytanie przez pierwszego uczestnika dialogu w języku angielskim, bo idiotka myślała, że przyjedzie do Szwecji i Szwedzi będą się męczyć ze zrozumieniem jej zdecydowanie nieszwedzkiego akcentu, gadajże po angielsku istoto!;

Niemniej z uporem maniaka podczas swego dziesięciodniowego pobytu w Göteborgu nadal formułowałam pytania i wyrażałam prośby po szwedzku. A co! Drugiej takiej okazji nie będzie.

Co zabawne, nauka szwedzkiego wcale nie była moim świadomym wyborem, a jedynie dodatkiem do moich studiów. Taki gratis właściwie, z którego powinnam się cieszyć. I cieszyłam się nawet. Obecnie mój zakres słownictwa jak i pozostałej wiedzy jest dość mocno okrojony.

Fascynującym doświadczeniem było dla mnie również obejrzenie filmu "Kumple" produkcji norweskiej. Film ten powraca do mnie średnio raz na rok, bo uważam, że warto, poza tym przypomina mi czasy liceum. Prezentuje tak zwane oczywiste oczywistości, ale na norweski sposób.

Od czasu do czasu katuję też moich sąsiadów Kentem - szwedzką rockową grupą muzyczną. Zdarza mi się również jakaś próba przeczytania wiadomości szwedzkich w internecie na 8sidor. Jednak jakoś miałam obawę przed skandynawską literaturą. Wynikała ona z faktu, że szwedzkie filmy, w przeciwieństwie do norweskich "Kumpli", w ogóle do mnie nie przemawiały (możliwe, że te, które miałam okazję widzieć, były jakieś spaczone, bo traktowały głównie o zepsutej młodzieży lub o lesbijkach, albo zgrabnie łączyły oba tematy w jeden; chociaż przypominam sobie bergmannowskie "Tam, gdzie rosną poziomki" i mam miłe wspomnienia). Bałam się więc, że i szwedzka literatura mnie rozczaruje. Że rozczaruje mnie o tyle bardziej, że nie lubię, gdy ktoś bezcześci kryminały, które uwielbiam.

W międzyczasie na ekrany kin weszła superprodukcja "Dziewczyna z tatuażem" i postanowiłam zebrać się w sobie i zajrzeć do książki, na podstawie której powstała. Wsiadłam do pociągu z sześćsetstronicowym tomiszczem i gdyby nie to, że pociąg mój kończył w Katowicach, dojechałabym z nosem w książce do Krakowa, albo i Rzeszowa nawet. Filmu jeszcze nie widziałam. Kolejność zaplanowałam następującą: przeczytanie książki, obejrzenie szwedzkiej wersji filmu z roku 2009 (która już leżakuje u mnie na dysku wraz z osobnym plikiem z napisami, bo przecież będę szlifować język, którym mówię w stopniu średnio-zaawansowanym), a dopiero następnie obejrzenie najnowszej produkcji z Danielem Craigiem.

Wiem, że to nie ostatnia książka skandynawskiego autora, po którą sięgnę (nie mówię tego tylko dlatego, że trylogię Stiga Larssona Millennium kupiłam w trzypaku).

Ach, ależ się rozpisałam! I to właściwie tak o niczym.

Czy wspominałam o mojej wczesnej, jeszcze nawet dziecięcej miłości do pewnego Krystiana, a właściwie Jasia, syna Andrzeja, który pochodzi z Odense? Matko! To zaczęło się aż tak wcześnie?!

;)


*Niestety to prawda, autorka tego bloga należy do niepoprawnych fanów tej jakże szmirowatej i kiczowatej rozrywki dla mas i przyznaje się do zasilania corocznej statystyki oglądalności wspomnianego show.

6 komentarzy:

  1. A ja już oglądałem 3 części szwedzkiej wersji filmu Millennium. Troszeczkę się różni od książki ale również wciąga. A książka zaczyna się po jakichś 15o stronach, później już się nie można oderwać :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie, spotkałam się z opinią, że szwedzkie wersje są o wiele lepsze od amerykańskiej, ale tylko u osób, które najpierw widziały szwedzkie,a później dopiero amerykańską. Odwrotnie zaś twierdzą osoby, które najpierw widziały amerykańską, a później szwedzką. Jak dla mnie to książka jest cały czas wciągająca, mimo że przez pierwsze 300 stron akcja jest dość lakoniczna.

      Usuń
  2. Szwecja mnie fascynuje i chciałabym bardzo tam kiedyś pojechać. Co do jezyka szwedzkiego to jestem pod wrażeniem że opanowałaś ten jakże dla mnie szeleszczący język. Wydaje się okropnie trudny, tym bardziej pochylam czoło :) A trylogię Stiga Larsona przeczytałam dosłownie jednym tchem :) Jak dla mnie super :0 Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Mnie tez Kochana, ale... mam doła. Nie mogę w żaden sposób zostać mamą :( Stąd najpierw kasacja walki o dziecko i próba pisania na zapiskach. Niestety chyba nie dam rady.
    KASS

    OdpowiedzUsuń
  4. Mój brat zawsze oglądał Eurowizję i nie pozwalał mi spać ;-)
    Bo mieliśmy wspólny pokój i malutki w nim telewizorek ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No, a to się tak późno w nocy zawsze kończy, a przydzielanie punktów jest najfajniejsze :D

      Usuń