Lubię jeździć samochodem. Być kierowcą po prostu. Bezproblemowe zdanie prawa jazdy podczas, gdy dla wielu moich znajomych była to trauma, przekonało mnie o tym, że jest coś, z czym radzę sobie nadzwyczaj dobrze. Nie mówię, że jestem wybitnym kierowcą, bo za takiego się nie uważam, ale jeździć potrafię i nie mam sobie nic do zarzucenia. Zaczęłam zauważać nawet, że jazda samochodem mnie relaksuje, mimo że na drodze spotkać można nie jednego takiego, który z równowagi potrafi człowieka wyprowadzić. Jeżdżę już od ponad pięciu lat (wliczając jazdy na kursie, bo prawo jazdy zostało mi wydane dokładnie pięć lat i osiem dni temu), ale mniej więcej rok temu mój tata powiedział mi, że jeżdżę dobrze, ale muszę nauczyć się dokładniej obserwować i analizować sytuacje na drodze, żeby przewidzieć z wyprzedzeniem, co powinnam zrobić. Więc zaczęłam analizować i przewidywać ruchy innych kierowców. Jadąc do domu autostradą byłam w stanie przewidzieć z dziewięćdziesięcioprocentowym powodzeniem, czy kierowca TIRa zdecyduje się na wyprzedzanie jeszcze zanim włączył kierunkowskaz. Wyćwiczyłam się do tego stopnia, że dokładnie tydzień temu stojąc na czerwonym świetle na pasie dla skręcających w lewo powiedziałam do mojej mamy, zajmującej miejsce pasażera:
K: Zobaczysz, że ten przed nami nie będzie skręcał w lewo, ale zawracał. Tak przy okazji to tu w ogóle jest zakaz zawracania.
Mija pół minuty, następuje zmiana świateł i kierowca przed nami faktycznie zawraca, a nie skręca :) I nie chodzi o to, że miałam szczęście - istniało jedynie, albo aż 50% szans, że to, co przewidziałam się sprawdzi. Potrafiłam wysnuć logiczny wniosek na podstawie obserwacji nieruchomego samochodu. I jestem z tego dumna :)
Jak zwykle znów mamy coś wspólnego;) Bo jeździć samochodem uwielbiam! I też uważam, że robię to dobrze, a mój Tata, bardzo dobry kierowca, też mi powiedział, że robię to dobrze i po prostu mam do tego smykałkę. Jednak ostrzegałabym przed zbytnim samozachwytem w tej kwestii. Mam prawo jazdy już 7 lat i nigdy nie miałam stłuczki. Za to kilka lat po intensywnym praktykowaniu jazdy przydarzył mi się dość poważny wypadek. Prościutka, nowa droga. Do tego drugi dzień świąt. Wystarczył ułamek sekundy nieuwagi (zepsute wycieraczki)i wylądowałam na drzewie. Na szczęście jechałam sama i nikogo innego nie było na drodze. Wyszłam cało z kilkoma szwami, ale ratownicy się mocno zdziwili jak to możliwe - zderzenie czołowe przy ponad 100km/h. Auto do kasacji. Później ponad pół roku miałam wstręt do jazdy. Przełamałam się i zaczęłam całkiem od nowa. Jeżdżę bardzo ostrożnie, ale sprawnie. Jednak czarne myśli mnie nie opuszczają, kiedy czasem przycisnę za mocno. Wiem jak niewiele potrzeba by z dobrego kierowcy zmienić się w poobijaną ofiarę. Także przestrzegam przed chwaleniem się znakomitą jazdą. Można się zdziwić, a w najgorszym przypadku już nie zdążyć. Ale absolutnie nie odbieram Ci radości z jazdy! ;) Po prostu przestrzegam;)
OdpowiedzUsuńDlatego też nie mówię, że jestem wybitnie uzdolniona w tej kwestii, ale nie powiem też, że jeżdżę beznadziejnie i lepiej, żeby nikt ze mną nie jechał, bo to prostu nieprawda.
UsuńDobrze, że nic poważnego Ci się nie stało podczas tego wypadku, z faktycznie zderzenie z drzewem przy takiej prędkości, rzadko kiedy kończy się na kilku szwach.
W sumie ja znam bardzo dużo osób, które dobrze jeżdżą, a prawo jazdy nie zdały za pierwszym razem, niestety czasami oblewają naprawdę za głupoty i nieważne czy się jeździ dobrze czy nie.
OdpowiedzUsuńW maju minie mi 7 lat odkąd mam prawo jazdy, nigdy nie miałam żadnego wypadku, ale w przeciwieństwie do Ciebie nie lubię jeździć. W samochodzie lubię być pasażerem, kierowcą niekoniecznie. Ale nie mam prawa jazdy w szufladzie i jeżdżę choć nie pałam radością wykonując tą czynność.
A zdolność dobrej obserwacji na pewno się przydaje :)
Ola
Tak, wiem, że to czy się zdało za pierwszym, czy dziesiątym razem nie ma związku z tym, jakim się jest kierowcą - czasem mam właśnie wrażenie nawet, że te osoby, które podchodziły do egzaminu kilka razy na drogi z własnym prawem jazdy wyjechały o wiele lepiej wyszkolone niż osoby po pierwszej próbie, jak ja, ale chodzi mi tutaj o to, że wielu moich znajomych od razu na egzamin szło z nastawieniem, że nie zdadzą, bo przecież teraz mało kto zdaje za pierwszym, czy drugim razem, a przecież po 30 godzinach jazd, to nie można się zbyt wiele nauczyć i wiele osób przeżywało straszną traumę, przecież w klasie maturalnej egzamin na prawo jazdy był częściej poruszanym tematem niż matura,bo wszyscy o tym gadali, a nauczyciele się wkurzali, że uczniowie przynoszą zwolnienia z załącznikami potwierdzenia z WORDu, bo miejsce ucznia jest w szkole, a nie na placu manewrowym (tzn. mieliśmy takiego jednego nauczyciela, który się tak wkurzał :P
UsuńA to ja nie słyszałam jeszcze takiego poglądu jak opisujesz. Fakt, wiele osób nastawia się, że może nie zdać, ale tylko dlatego, że egzaminator się na tą osobę na pewno uwziął itp. ;) Ale że nie można się przygotować przez 30 godzin to nie słyszałam, wręcz przeciwnie wszyscy narzekają u nas ile to trwa i już chcą jak najszybciej te jazdy wyjeździć. Zresztą ja jeszcze plac zdawałam i mi się na placu strasznie nudziło, bo mogłam z zamkniętymi oczami robić parkowania czy zatoczki bo tych parunastu godzinach.
UsuńJa miałam egzamin w sobotę ;) Ale u nas chyba nikt nie przynosił zwolnień ze względu na egzaminy:D
Ola
A ja miałam w ferie egzamin :P
Usuń