środa, 15 sierpnia 2012

Pewnego razu w Finlandii...

Postanowiłyśmy. Umówiłyśmy się. I zrobiłyśmy to!

I zakochałyśmy się w tym sporcie od pierwszego dnia!

Przyznaję, że to nie był mój pierwszy raz z nordic walkingiem. Uprawiałam go od kilku lat z moją babcią podczas wakacji, ale nasz trening obejmował zwykle tylko 5-10 dni (po 30-60 minut marszu), więc tak naprawdę nie powinnam używać słowa "uprawiać".

Z M. (tą M. opisywaną tutaj) wyszłyśmy pierwszy raz z zamiarem - w przypadku M. - opanowania, - w moim przypadku - przypomnienia sobie techniki. Planowałyśmy półgodzinny marsz. Jeśli dodać do tego jeszcze dwie godziny to właściwie wszystko się zgadza ;)

Zafascynowane postanowiłyśmy chodzić regularnie. I tak od miesiąca dwa-trzy razy w tygodniu wędrujemy z kijami po okolicy. Zazwyczaj i tak kończymy w WPKiW, do którego ode mnie z domu jest właściwie rzut beretem, no może trochę przesadziłam, ale jest całkiem blisko ;) Wracamy wymęczone, ale zadowolone. W końcu znalazłam sport naprawdę dla siebie - w niczym nie ujmując pilatesowi, bo to jakby odmienna kategoria zupełnie ;) Nie sądziłam, że tak naprawdę spacer może sprawiać tyle radości i tak skutecznie ładować baterie na kolejne dni. Dodatkowo rozmowa z "współnordicwalkingowcem" nie sprawia większych problemów, więc można przy okazji odbębnić też ploty ;)

Nie mamy jakiegoś konkretnego celu. Właściwie zdecydowałyśmy się na nordic z ciekawości - po prostu chciałyśmy aktywnie spędzić czas, przy możliwie niskim nakładzie finansowym - dwie pary kijków dostałam od babci na urodziny kilka lat temu i stały w piwnicy praktycznie nieruszone, więc nawet w to nie musiałyśmy inwestować, chociaż M. przymierza się już do zakupu własnego sprzętu.

U mnie w regionie rzadko można spotkać kogoś z kijami. Przynajmniej tak mi się wydawało i moje obserwacje w ciągu ostatniego miesiąca to potwierdzają. Na naszej drodze spotykamy głównie rowerzystów, biegaczy, czy rolkowców. Tych, którzy zdecydowali się na to, co my, mogłybyśmy policzyć właściwie na palcach jednej ręki (a dokładnie na trzech palcach - fakt, za każdym razem są to trzy inne osoby, ale jednak przy całej rzeszy rowerzystów, to i tak niezwykle mało).

Plany mamy dalekosiężne, bo chcemy utrzymać nasz zwyczaj, kiedy M. wróci na uczelnię i kiedy ja zajmę się już jakąś pracą całkiem na poważnie. Nie wiem na ile jest to realne, ale mam nadzieję, że da się zrobić, chociaż pewnie będzie ciężko się zgrać, bo o ile teraz to głównie M. dostosowuje się do mojego planu dnia, później będziemy musiały obie się dostosowywać - do mojej pracy, do jej uczelni, do mojego angielskiego... i możliwe, że jeszcze do jednych studiów, które mam zamiar rozpocząć.

5 komentarzy:

  1. U mnie też nie ma zbyt wiele osób "z kijami". Baardzo rzadko kogoś widzę.
    Uprawiaj uprawiaj sporcik, przyda się ruch ;))

    OdpowiedzUsuń
  2. Fajnie że o tym piszesz :) Ja jestem właśnie na etapie takimże chciałabym zacząć chodzić ale potrzebuję kilku wskazówek odnośnie kijków, może powiesz mi jakie powinnam sobie kupić?I czy to ma w ogóle jakies znaczenie? No i chyba jest specjalny sposób chodzenia z nimi? Pomożesz? :) Z góry dzięki :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. (Że się tak wtrącę w pytanie)
      Sposobów chodzenia jest co najmniej kilkanaście ;) U nas był kiedyś kurs na którym uczyli 6. różnych bodajże (znajoma była), a powiedzieli, że jest ich dużo więcej :D

      Ola

      Usuń
    2. Powiem Ci, Wiolka, że dla osoby, która chce robić to dla siebie, a nie wyczynowo, nie ma znaczenia jakie kije. Nie wiem, czy się orientowałaś w cenach: ja byłam ostatnio w intersporcie i tam ceny zaczynały się od 120 zł w górę... w HiMountain w sklepie internetowym widziałam już takie od 70 zł - i myślę, że takie są już całkiem przyzwoite. Nie zainwestowałabym w tańsze raczej, bo oczywiście są i takie pewnie za 15 zł - może sobie takie na próbę kupić i zobaczyć, ale osobiście wolałabym coś solidniejszego. Polecam Ci filmik: http://www.youtube.com/watch?v=9McbQqa-hEM - moje kijki nie mają tej sprężynki na dole, ale całkiem dobrze mi się chodzi.
      Jak masz jakieś pytania i będę w stanie odpowiedzieć, to odpowiem :)

      Usuń
  3. Gratuluję :) I dotychczasowych "osiągnięć" kilometrowych i dalszych planów.
    Ech do WPKiW też miałam przed wyprowadzką blisko. Teraz to cała wyprawa samochodowa :/

    OdpowiedzUsuń